Ministerstwo oświaty rozpatruje wprowadzenie nowego projektu, którego celem byłoby stworzenie specjalnych szkół dla młodzieży szczególnie uzdolnionej. Projekt ten zakłada wprowadzenie nowej kategorii szkół na poziomie gimnazjum i placówek ponadgimnazjalnych. Takie szkoły nie miałyby obwodów i byłyby otwarte na dzieci i młodzież z całej Polski. Organem prowadzącym tego rodzaju szkoły byłby Minister Edukacji ze wspomaganiem uniwersytetów.
I jak to zwykle bywa, znajdą się zwolennicy i przeciwnicy tego typu szkół. Rodzice, którzy mają wybitnie zdolne dzieci przyklasną pomysłowi, zadowoleni, że ich latorośle będą mieli okazję do rozwoju swoich talentów, zdolności i umiejętności. Dzięki tego typu szkołom, dzieci uzdolnione mogłyby od razu kształcić się w swoich dziedzinach, zamiast studiować wiedzę ogólną, mogłyby zawęzić swoje naukowe odkrycia do tych aspektów, które szczególnie je interesują. Dzięki temu być może mielibyśmy cały arsenał zdolnych, wybitnych naukowców i badaczy, profesorów, którzy przyczynialiby się do rozwoju nauki, techniki, do ogólnego postępu ludzkości. Dzieci szczególnie zdolne nudzą się na lekcjach ze swoich ulubionych przedmiotów, nauczyciele czują zażenowani czasem swoją niewiedzą w porównaniu do wiedzy młodych miłośników danej dziedziny. W ten sposób pojmując ten temat należałoby stwierdzić, iż takie szkoły zaradziły temu. Na pewno zaradziłyby też problemowi często występującemu w klasach szkolnych, gdzie Jaś wie, a reszta klasy nie wie i pani rozmawia tylko z Jasiem. W konsekwencji Jaś i pani popisują się swoją wiedzą przed sobą lub Jaś się uczy od pani, a pani od Jasia, a cała klasa się nudzi lub cieszy, że szybko mija lekcja. Być może jest to temat nieco przerysowany, ale celowo, abyśmy się zastanowili, czy warto i dlaczego tworzyć takie szkoły.
Jak zawsze i wszędzie, w każdym temacie i problemie, są i wady. Z pewnością każdy rodzic chciałby, aby jego pociecha była wybitna, zdolna i marzyłby i posyłaniu swojego dziecka do takiej szkoły. Jest cała grupa rodziców, którzy są święcie przekonani o nadzwyczajnych zdolnościach swoich latorośli i nawet nauczyciele jak i samo dziecko nie są w stanie im wybić z głowy, że chyba mają coś na oczach (klapki?). Cóż, wtedy być może zdjęliby te klapki i przestali wymagać od swoich biednych synów i córek, aby byli wybitni, jeśli te nie chcą być wybitne. Albo, jeszcze bardziej by naciskali, aby dziecko dostało się do „lepszej” szkoły. No właśnie… i tu pojawia się dylemat natury wychowawczej. Jak postrzegać pozostałe szkoły? Pomijam tu fakt, że szkoły publiczne, dla „przeciętnych” straciłyby swoją renomę (jeśli w ogóle jakąś miały), dzieci byłyby podzielone na te lepsze i gorsze, mądre i … no właśnie, jakie? Zwykłe? Przeciętne… marna to zachęta dla młodego człowieka, aby się starał i był najlepszy, skoro jest tylko w zwykłej szkole, więc i tak już nie ma szans doścignąć tych „wybitnych”. Poza tym proces wychowawczy polega na wielu bodźcach i różnych doświadczeniach. A tak, porobiłyby się obozy na zdolniachów i przeciętniaków, przeciętniak nie miałby jak się rozwinąć, jeśli wkoło widziałby tylko przeciętność (mocno upraszczając), a zdolny nie rozumiałby niezdolnego, jak można być niezdolnym i myśleć, postrzegać inaczej (również uproszczenie). Tak więc dyskusja pozostaje otwarta. Wszystko zależy od tego gdzie się siedzi. Bo od dawna wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.